wtorek, 15 stycznia 2013

Wpływ emocji na zdrowie

Tomek wyszedł z pokoju. Drzwi trzasnęły. Przeciąg? Powiedzmy. – Jak mogła nie zauważyć, że pracuję po kilkanaście godzin na dobę! Przychodzę z pracy, jem i wychodzę do następnej, jak jakiś cholerny robot z Gwiezdnych Wojen. Ciągle mało! – krzyczał w myślach.
Agnieszka została sama z negatywnymi emocjami. Sobotnie popołudnie tak miło i spokojnie się zapowiadało. Teraz nagle przyspieszyło. Galopujące emocje dźwięczały w uszach. Usiadła, zakryła dłońmi twarz. Robi to, co może, żeby stworzyć dom. Taki jak u rodziców Tomka, bo swojego nie miała. I teraz jeszcze ta choroba.
Dlaczego badania pokazują, że ponad 70% dolegliwości zdrowotnych ma swoje źródło w stresie? Jaka dieta jest odpowiednia?
Dostęp do wiedzy medycznej, tej specjalistycznej, pozostaje w rękach lekarzy. Oczywiście możliwości są, zwłaszcza w Internecie, gdzie mnogość publikacji przekracza wielokrotnie zdolności przyjmowania wiedzy. Jednak sam moment diagnozy i sposoby leczenia pozostają w rękach specjalistów.
Chcemy być wyleczeni, czy mieć zdrowe życie? Jaki jest wpływ emocji na zdrowie?
Ponad 5000 lat temu w biegunowo odległych krajach do zachodu ludzie zaczęli traktować organizm człowieka, jak system energetyczny.
Kiedy energia krąży w naszym ciele jesteśmy zdrowi. Kiedy przepływ energii je zachwiany, chorujemy. Pomocne w diagnozach i leczeniu są diagramy. Dzięki nim, możemy zobaczyć, jakie są rodzaje i punkty dostępu do energii dla każdego z Nas. Wiedza jest nie tylko dla specjalistów. Oczywiście wskazana jest konsultacja, a przeprowadzenie właściwych zabiegów pod okiem doświadczonych, lekarzy. Jak pokazuje doświadczenie, co raz częściej z dyplomami uczelni zachodnich. Za tą enigmatyczną nazwą kryje się teoria o ciągłych przepływach energii w ciele człowieka. Co istotne, skuteczność tego spojrzenia została wielokrotnie już potwierdzona, a dokumentacja liczona w milionach przykładów i dowodów jest dostępna na wyciągnięcie ręki.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

DDA - Najważniejsze problemy, wyzwania i tematy do pracy cz.1

Czlowiek z aktywnymi wzorcami DDA jest marionetką tych wzorców, reaguje w wyuczony, schematyczny sposób na sytuacje: tu nie ma samodzielnego myślenia, podejmowania decyzji. Jest wewnętrzne spięcie i impulsy zmuszające, by działać, myśleć i czuć tak, a nie inaczej.
 Wzorce DDA to maska, której podtrzymywanie kosztuje bardzo dużo energii, jaką można by poświęcić na uzdrawianie, uwalnianie.

Wzorce DDA blokują osobowość, dezorientują, ale z czasem – kiedy zaczynamy się im przyglądać – zaczynamy rozróżniać, co jest wzorcem, a co nami, co reakcją, a co decyzją. Trzeba świadomie się przyglądać, bez wyłączania uczuć, a nie zimno analizować. Brak odczuwania może wydawać się łatwiejszy, ale jest to pułapka, bo głową analizujemy, a skąd mamy wiedzieć, o co nam chodzi, jak to zrozumieć? Żeby jednak rozróżniać i zacząć uwalniać DDA, trzeba wiedzieć, na co zwracać uwagę.

Przy obserwacji i rozróżnianiu warto zwrócić uwagę na:
1. Powinności DDA.
2. Oczekiwanie porażki.
3. DDA zgaduje zachowania – co jest normalne?
4. Poczucie bezpieczeństwa budowane na kontroli = odbieranie otwartości, bliskości jako zagrożenia.
5. Wkręcanie się w spiralę wzorców.
6. Świat bez zasad.
7. Związki DDA.
8. Bycie potrzebnym.
9. Przeżywanie złości.
10. Przebaczenie.
11. Poczucie własnej wartości.


1. Powinności DDA

„Powinnam, powinienem” – to ulubione słowo DDA, a co to w ogóle znaczy, że „powinnam”?
Znaczy to tyle, że nie mam w ogóle na coś ochoty, ale muszę to zrobić z różnych względów, między innymi z mojej wrodzonej, wewnętrznej „szlachetności”, poświęcenia itd.
„Powinnam/powinienem” jest to słowo, od którego DDA zaczyna wiele swoich wypowiedzi/myśli, gdyż żyje powinnościami. Powinność nie ma nic wspólnego z tym, co się naprawdę chce robić, z pragnieniami – to jest to, co się uważa, że należy robić. Z DDA jest tym trudniej, że taka osoba utożsamia powinności z tym, co chce. Stawia tam znak równości i nie zastanawia się, czy jest inaczej. Kiedy zaczynałam terapię DDA i dowiedziałam się o tych powinnościach, zaczęłam widzieć, w jakich sytuacjach i jak często używam tego słowa i było tego bardzo wiele. „Powinnam to, powinnam tamto” plus ortodoksyjne wymaganie od innych, by równie sumiennie wykonywali swoje powinności. Wtedy rozpoczęłam swoją przygodę z odnajdywaniem tego, czego chcę, co lubię, czego potrzebuję, a słowo „powinnam” postanowiłam usunąć z mojego słownika.
Przygoda z odkrywaniem, czego chcę, ma cały czas swoją kontynuację, uświadomiła mi to ostatnia sesja z Nikodemem w temacie kontroli wewnętrznej. Kontrola wewnętrzna to taki gorset przekonań, zobowiązań, ról przyjętych jako ważne na to wcielenie i które zobowiązaliśmy się pełnić.
To są właśnie takie powinności – oczywistości – dla nas, nad którymi się nie zastanawiamy. Tylko że w tym nie ma nas prawdziwych, nie ma tego, czego byśmy chcieli, ten gorset sztucznie nas trzyma, scala, żebyśmy funkcjonowali i trwali na baczność w przyjętych zobowiązaniach. Jest na tyle mocno zasznurowany, by „brak oddechu” nie pozwalał się zastanowić, czy to na pewno my; nie daje nam prawa do bycia sobą. Nic tak bardzo nas nie oddala od siebie samych jak życie powinnościami, które szczelnie oddzielają nas od naszych prawdziwych potrzeb i pragnień i nie pozwalają ich zobaczyć. Powinność odbiera tożsamość.
Kiedy zdejmiemy ten sztucznie podtrzymujący nas gorset, wszystko się rozpada, bo nic nas już nie trzyma, i wtedy możemy zobaczyć, czego tak naprawdę chcemy i jacy jesteśmy. Przyznam, że to spotkanie z samym sobą może być bardzo zaskakujące, ale daje poczucie wolności i radości, dalekie od starych „standardów” powinności.


2. Oczekiwanie porażki

Zespół wzorców DDA to taki program na osiąganie porażek, na niedobór i brak.
Jeżeli DDA wierzy, że nie jest wystarczająco dobre w związku, to z jednej strony wymierza sobie kary, bo nie zasługuje na to, żeby było dobrze, przyjemnie, lekko itd., a z drugiej strony dowartościowuje się i buduje swoją wyjątkowość na trudnościach życiowych („tyle zniosę, z tyloma rzeczami sobie radzę”).
DDA ma problem z osiąganiem zadowolenia (zdarza się tylko chwilowe), nawet jeśli coś się uda, zawsze jest za mało, za słabo, można było lepiej, fajniej, dłużej – DDA czuje wieczny niedosyt. Ma być perfekcyjnie (niska samoocena) i niezmiennie, co stwarza iluzję bezpieczeństwa. Dlaczego iluzję? Bo DDA wyrasta z przekonania, że kontrola może dać bezpieczeństwo i szczęście, że da się kontrolować coś takiego jak przepływ.
Kiedy w końcu zdarza się coś, co pokazuje, że kontrola zawodzi, cały plan bierze w łeb, a DDA czuje, że traci grunt pod nogami. Wyobrażenia są zawsze większe niż rzeczywistość.
Ten idealizm, niedosyt i parcie, żeby się działo, sprawia, że DDA nie może zaznać spokoju.
Chce mieć wszystko dograne, zaplanowane, zapięte na ostatni guzik, pragnie przewidzieć wszystkie możliwości, zabezpieczyć się, by nie zostawić miejsca na sytuacje nieprzewidziane – wszystko ma być pod kontrolą. Nie można spocząć, cieszyć się tym, co jest, tym, co się ma. Poczucie niedosytu ciągle pcha dalej, nie obiecując jednak, że na końcu tego biegu będzie zadowolenie. DDA wymyśla sobie idealistyczny, nierealny scenariusz, a potem wzdycha: „no tak, przecież mówiłem, że się nie uda...”.
DDA nie będzie zadowolone, bo nie umie być zadowolone z siebie, stan idealny jest nieosiągalny w wyśrubowanych standardach takiego człowieka, bo nie istnieje.
Idealny stan, jeśli tak można mówić, to dający spokój stan akceptacji, otwartości, przepływu, a w wersji DDA ideał to dążenie do ułudy, że można tak kontrolować życie, żeby było dokładnie tak, jak się zaplanowało.
Często słyszę wypowiedzi typu: „jak to załatwię, to już odpocznę” lub: „jak byś przestał robić to czy tamto, to miałbym już spokój”, „przez twoje pomysły nie mogę spać, denerwuję się”. DDA nie spocznie, póki cały świat nie będzie działał jak należy – czyli tak, jak ono sobie wymyśliło.


3. DDA zgaduje zachowania – co jest normalne?

DDA wychowało się w tak traumatycznych/toksycznych/dysfunkcyjnych warunkach, że ma słabe pojęcie o tym, jakie panują normy zachowań obyczajowych, grzecznościowych w codziennym życiu. To, co innym przychodzi naturalnie, bo wychowali się w zdrowym otoczeniu, dla DDA jest zawsze łamigłówką. Jak się zachować, co powiedzieć, jak zareagować, żeby było normalnie?
Stąd reakcje na pewne zdarzenia, emocje, zachowania u DDA są przesadzone i nieadekwatne lub zbyt zdystansowane, zimne. Wtedy otoczenie często sądzi, że albo DDA zwariowało, bo się za bardzo ekscytuje, albo że nie ma uczuć i jest socjopatą. Jednak we wnętrzu DDA wrze kocioł z emocjami i przeżyciami, który jest pod ciągłą kontrolą, by się z niego nie wylało. DDA pożytkuje masę energii, by trzymać swoje wnętrze na wodzy, przeprowadza ciągłe analizy swojego zachowania, reakcji. Nawet entuzjastyczna radość najczęściej jest wyreżyserowana. Na twarzy DDA widnieje maska spokoju, życzliwego uśmiechu, a w środku – wulkan, i tak sobie DDA trwa, aż dochodzi z jakichś względów do erupcji i wylania tłumionych emocji. Ponieważ te długo skrywane, odpychane, wypierane emocje, przeżycia kłębiące się w człowieku w końcu znajdują ujście – DDA wybucha. Można oczywiście temu zapobiec, nie bać się tak swoich emocji, nie traktować ich z przerażeniem, nie odpychać, tylko przeżywać na bieżąco, zrozumieć, przyglądać się im, ale nie utożsamiać się z nimi, DDA nie rozumie, że nie jest emocjami, które przeżywa. A przecież czuje złość, ale nie jest złe, czuje smutek, ale nie jest smutne – to jest naprawdę kolosalna różnica w podejściu.

DDA są osobami o tendencji do dużej otwartości na ludzi albo wycofania i zamknięcia. Albo poddają się pragnieniu bliskości niezaspokojonej w domu, albo pragnieniu ucieczki przed zranieniem i utrzymują dystans. Odnośnie moich przeżyć, zawsze miałam dużą otwartość na ludzi, często większą niż mieli oni, z czasem zaczęło mnie to onieśmielać, gdy widziałam ich dystans, bo odczytywałam to jako odrzucenie. Ale teraz widzę, że tym, czego mi kiedyś brakowało, jest poczucie własnej wartości – to oczywiste – ale też poszanowanie czyichś potrzeb, w tym przypadku potrzeby dystansu. Parcie i brak poczucia własnej wartości sprawia, że nie umiemy szanować cudzej przestrzeni. Jesteśmy tak skupieni na sobie i swoim kruchym wnętrzu, że nie widzimy szerszego kontekstu. Każdy człowiek ma przecież inne potrzeby i prawo do decydowania o swojej przestrzeni, trzeba zostawić ludziom przestrzeń na ich potrzeby i zaspokajać swoje.


4. Poczucie bezpieczeństwa budowane na kontroli = odbieranie otwartości, bliskości jako zagrożenia.

Żeby być z kimś blisko, doświadczyć prawdziwej miłości, trzeba się otworzyć, a żeby się otworzyć, trzeba zrezygnować z kontroli. Otwarcie na innych i na świat wymaga choćby najmniejszej utraty kontroli.
A co jeśli poczucie bezpieczeństwa jest zbudowane na tej kontroli, jest sztuczne, jest czymś na kształt protezy? Wtedy takiego człowieka ogarnia panika, traci grunt pod nogami, wszystko się chwieje. A prawda jest taka: gdy rezygnujemy z kontroli, spotykamy na naszej drodze odpowiednią osobę, z którą możliwy jest przepływ, zaczynamy w ogóle czuć, zaczynamy czuć bliskość, czuć to, czego chcemy. Często jednak strach, że staniemy się bezbronni – paraliżuje. Ten strach bywa tak wielki, że tracimy przytomność myślenia, widzenia rzeczywistości, wyrzekamy się radości z bliskości, podtrzymując iluzję poczucia bezpieczeństwa, zamiast budować autentyczne poczucie bezpieczeństwa.

Poczucie bezpieczeństwa jest trwałe i ugruntowane, kiedy oparte jest na ufności, nie zaś na czynnikach zewnętrznych, a kiedy budowane jest na kontroli, zależne jest od wszystkiego, wszystkich zmiennych, aspektów, osób, które się kontroluje lub wydaje się, że się to robi.
Kontrola daje nam iluzję bezpieczeństwa. Dlaczego iluzję? Bo wyrasta z przekonania, że kontrola może dać bezpieczeństwo i szczęście, że da się kontrolować coś takiego jak przepływ.
Kiedy w końcu zdarza się coś, co demaskuje kontrolę, DDA czuje, że traci grunt pod nogami i ucieka w popłochu, ale czy życie polega na uciekaniu?
Jak być sobą, poznawać siebie, kiedy odmawia się sobie prawa do zaspokajania potrzeb, kiedy się blokuje jedną z pierwotnych i naturalnych potrzeb przepływu i wymiany energii między istotami?
Uczucia, czucie nie są dla nas zagrożeniem, natomiast zagrożeniem jest wypieranie uczuć, odcinanie się od nich, bo zamykamy się w ten sposób na siebie, dezintegrujemy się. A uczucia są, nie znikają, kiedy odgradzamy się od nich murem, zagrożeniem jest to, że nie wiemy, co się dzieje wewnątrz nas. Przecież to, że udajemy, że czegoś nie ma, nie oznacza, że to zniknie, więc nie wiem, czemu w tym przypadku masowo stosowana jest ta metoda.

Tacy jesteśmy wrażliwi, mamy serca, czujemy – to my prawdziwi, nie wyrzekniemy się tego, że uczucia są integralną częścią nas samych. Możemy je za to przyjąć z miłością i akceptacją, otworzyć się na to, co wielokrotnie odpychaliśmy, scalić i pokochać jak wszystkie inne „części” siebie. Przepływ między istotami to naturalny stan istnienia, jak oddech dla ciała fizycznego. Oddech płynie – wdech, wydech – wymiana, przepływ między ludźmi, to się po prostu dzieje instynktownie, bez wysiłku. Ciekawe, co się po drodze stało, że zrezygnowaliśmy z płynięcia w żywym nurcie energii i postanowiliśmy go regulować, zmieniać, dopasowywać do wymyślonych schematów. Kiedy zdarza mi się czuć z kimś przepływ, jest to fascynujące i orzeźwiające, przyjemne, dające lekkość, radość, kontakt nie męczy, nie trzeba wkładać wysiłku energetycznego, bo nie ma blokad i oporu, kiedy natomiast nie ma przepływu, nie ma lekkości, bez obiegu energii trzeba jej więcej wydatkować, trudniej się rozmawia, trudniej o wzajemne zrozumienie. I mówię tu w ogóle o relacjach, interakcjach, nie tylko o tych partnerskich czy małżeńskich. Wszystkie kontakty lepiej się udają, gdy jest przepływ. Kiedy traci się kontrolę, strach odpada na tyle, żeby zauważyć różnicę, zaczynamy widzieć, jaki ciągły opór musimy pokonywać w codziennych relacjach, ile się zmagamy, męczymy, zamiast płynąć i przypominać sobie, kim jesteśmy.

sobota, 12 stycznia 2013

Jak odnaleźć się w dżungli usług psychologicznych?

Coraz więcej osób w Polsce (zwłaszcza w największych miastach) korzysta z jakiegoś rodzaju pomocy czy wsparcia psychologicznego. Chodzenie do psychologa czy psychoterapeuty przestaje powoli być powodem do wstydu - a jeszcze niedawno wiele osób za wszelką cenę starało się unikać tego typu usług.
Obecnie na terapię chodzą zarówno młodzi, jak i starsze osoby - choć psychoterapeuci twierdzą, że osoby po siedemdziesiątym roku życia bardzo rzadko trafiają do ich gabinetów. Zapewne niebagatelny wpływ na to zjawisko ma fakt, że zdecydowana większość usług psychologicznych w Polsce jest teraz odpłatna, i są to często niemałe sumy (zwłaszcza zważywszy na fakt, że wiele rodzajów terapii wymaga wielu spotkań).

Dżungla (dosłownie)Kiedy szuka się informacji na temat usług psychologicznych - choćby w Internecie - uderza to, jak duża jest różnorodność i bogactwo ofert. Jednocześnie dla osób “niewtajemniczonych” może to być czasami swoista dżungla, w której trudno jest się zorientować. Czym się różni np. terapia od grupy wsparcia albo coachingu? Nie są to terminy, których się uczymy w szkole, a wybór może mieć duże znaczenie dla tego, czy uda nam się rozwiązać swoje problemy i polepszyć jakość życia.

Najważniejsze pytanie, jakie należy sobie na początek zadać, to to, czy problem dotyczy mnie samego, czy może mojego związku czy rodziny? Jeśli tylko mnie, to wskazana będzie pomoc indywidualna, jeśli związku, to terapia par (małżeńska), a jeśli całej rodziny, to psychoterapia rodzinna. Sprawę komplikuje znacznie fakt, że dla wielu osób, które mają problem sami ze sobą, wskazana jest bardziej terapia grupowa niż indywidualna. Dotyczy to zwłaszcza osób, które na co dzień borykają się z problemami interpersonalnymi - czyli np. nieumiejętnością nawiązywania relacji, silną nieśmiałością, przesadnym krytycyzmem wobec siebie i innych itp. Dla takich osób praca w grupie będzie znacznie bardziej efektywna, gdyż pozwoli im na bieżąco konfrontować własne przekonania z przekonaniami innych ludzi i uczyć się komunikować swoje poglądy i uczucia.

Całkowicie innym rodzajem wsparcia psychologicznego jest coraz popularniejszy w ostatnich latach coaching. Coaching to (zwykle) spotkania indywidualne klienta z profesjonalnym coachem (którym może, ale nie musi, być psycholog), podczas których praca skupia się na osiągnięciu konkretnego celu (np. zmiany pracy). Coach pomaga klientowi zmienić zachowania, które uniemożliwiają efektywne czy kreatywne działanie. Coaching nie jest zatem formą leczenia zaburzeń, a bardziej wspólną pracą dwóch osób ograniczoną do jednej dziedziny jego życią.

Dla osób, które nie wiedzą, która forma pomocy będzie dla nich najlepsza, dobrym rozwiązaniem wydaje się być po prostu umówienie na jedną konsutlację psychoterapeutyczną (wszyscy terapeuci oferują taką usługę), podczas której będzie można się poradzić profesjoanlisty w tej sprawie.

wtorek, 8 stycznia 2013

Fizyczna i psychiczna skorupa - wstęp

Moja osobista praca w temacie DDA (Dorosłe Dzieci Alkoholików) trwa dopiero kilka miesięcy. I już teraz mogę powiedzieć, że postawy zachowania zawierające się w zebranym przez psychologów pakiecie wzorców DDA możemy przypisać nie tylko osobom, które zetknęły się z alkoholem w domu
Sam jestem dobrym przykładem, bo w mojej bliższej i dalszej rodzinie nikt nie nadużywał alkoholu – chyba że na imprezach okolicznościowych. Wydawało się, że miałem wspierające środowisko, rodzice na wszystko mi pozwalali, a jednak im dłużej czytałem opracowania, książki z dziedziny DDA, współuzależnienia, tym bardziej rosło moje przerażenie, jak sporo mam do przepracowania. W pewnym momencie powiedziałem nawet, że rozpocząłem rozwój od drugiej strony. Pierwsza była motywacja, prosta psychologia, rozwój osobisty, niezliczone szkolenia, bardziej zaawansowane opracowania psychologiczne, spotkania z psychologami, a potem przeniosłem całe swoje zainteresowanie do dziedzin ezoterycznych i duchowych. W całym procesie własnego rozwoju nie zajrzałem nigdy w głąb siebie, pod skorupę, którą – jak się okazało później – miałem całkiem grubą.
Kiedy żyjemy w środowisku toksycznym, alkoholu, odcięci od wsparcia, miłości, ciepła ze strony bliskich; w otoczeniu pełnym rywalizacji, braku akceptacji i zrozumienia nas samych w naszych energiach zaczynają wytwarzać się kolejne warstwy energii, które scalają się z naszą aurą, wpływają na myśli, uczucia oraz pracę czakramów. Dzieje się tak, bo różne negatywne, traumatyczne wydarzenia, interakcje budowały warstwa po warstwie izolację, wygłuszenie pozwalające odciąć się od bólu, krzywdy, ciepła. To skuteczne wygłuszenie od świata zewnętrznego doprowadziło nas do zawężonego postrzegania świata, odbioru bliskich ludzi, utrudniając ostatecznie zdrową, bo opartą na cieple, serdeczności, wrażliwości interakcję z innymi.
Cztery warstwy skorup
warstwy_skorup
 Podczas badań z Katarzyną Pawłowską nad otwartością i wrażliwością odkryłem u siebie skorupę na poziomie trzecim. Byłem zaskoczony, bo wykrzyczałem: „Tyle lat pracuję i jestem tak zamknięty?!”. Chociaż w tym czasie byłem wdzięczny sobie za gotowość do zanalizowania siebie bez idealizacji w stylu: „jaki to jestem otwarty” lub „jaki to jestem oświecony”, to jednak widok wykresu nie był zbyt miły. Po wstępnej akceptacji nie musiałem długo czekać na reakcję otoczenia. Kilka dni później dostałem e-maile o treści: „Emocje, radość, otwarcie się i pokazanie tego, co się ma w środku, tego mi brakuje” – napisał jeden z czytelników. Drugi e-mail: „Czytam różne artykuły duchowe, opracowania ezoteryczne wielu autorów, ale to wszystko jest takie intelektualne, u Pana również do wyczuwam”. Artur Figura skomentował e-maile słowami: „Radość i smutek, śmiech i płacz, powaga i beztroska, czyli przepływ. Przesiąknięci jesteśmy przekonaniem, że religia = powaga. Religię zastąpiła tzw. duchowość, ale powaga została. Brak powagi jest odbierany jak lekceważenie. Ale o ile duchowość, tak jak jest powszechnie pojmowana, ma niewiele wspólnego z życiem, o tyle życie (w jego nieskażonej naszymi wzorcami postaci) niczym w zasadzie nie różni się od duchowości”. Pojawia się zatem pytanie: „Kiedy i jak rodziły się kolejne warstwy skorup odgradzających od czułości, naturalności, swobody bycia sobą?”.

Powstawanie skorup
Jako dzieci dysponowaliśmy potencjałem, poczuciem mocy, świadomości siebie i pewności, że tacy, jacy jesteśmy, jesteśmy w porządku. Jesteśmy godni uwagi, akceptacji, miłości, realizacji naszych zamierzeń. W trakcie dorastania i życia mogło wydarzyć się coś lub mogliśmy spotkać kogoś, kto zaczął nam odbierać to poczucie mocy. Była to krytyka, umniejszanie, śmianie się, wytykanie, brak miłości, pozostawienie bez opieki, przemoc. Nasz potencjał zamiast wzrastać, malał i rozpoczął tworzenie postaw bycia ofiarą, pokrzywdzonym przez los, szybkich reakcji poddawania się, niezasługiwania, niedoprowadzania rzeczy do końca. Zaczęliśmy szczelnie zamykać się w skorupie nieśmiałości i dzisiaj trudno nam z niej wyjść, ba, często nie wiemy, że posiadamy liczne skorupy, że przyjęliśmy podświadome postawy zachowania (wzorce) od rodziców, bliskich, kolegów i koleżanek z pracy.
Ponieważ energia wewnętrzna dąży do wyrównania, domaga się przepływu, a dzięki skorupie zostaje odcięta, zaczyna szukać ujścia. Wewnętrzny potencjał dopomina się o uwzględnienie i prowadzi do zrodzenia się nowych postaw i motywacji, niestety, już zniekształconych. Ludzie za wszelką cenę chcą poczuć własną moc, dostąpić przywilejów (zauważenia i docenienia), władzy. Tacy ludzie to często pracoholicy, nie tolerują u ludzi słabości, nie mają zaufania do innych, nie wchodzą nigdy w prawdziwe relacje. Czyli kiedy nie mamy wypracowanej siły ducha, uzdrowionego wewnętrznego dziecka, akceptacji dla swoich potrzeb uczuciowych (uwzględniając miłość), uciekamy i blokujemy własną wrażliwość, emocje, stale „hartując się w boju”. Dobry zawód, stanowisko, praca, biznes, wysokie wykształcenie, majątek – to atrybuty, które mają wypełnić wewnętrzną pustkę.

Kolejne całuny
Inny rodzaj wypełnienia odciętej energii polega na porównywaniu się z innymi i rywalizacji. Mówimy: „osiągnąłem większy sukces”, „zarabiam więcej od innych”, „ten to piekłami tylko czadzi”. Zaczynamy myśleć o sobie i tłumaczymy, ile to już sesji zrobiliśmy, do jakich uwolnień doszło, ilu to ludziom pomogliśmy, ile wiemy, jak znani i bogaci jesteśmy. Dzięki porównywaniu budujemy obraz siebie; dzięki rywalizacji – motywujemy siebie. Wszystko to wpływa na nasze samopoczucie, które zamiast płynąć od środka, płynie z zewnątrz, domaga się ciągłego uznania, przekraczania granic, porównywania, oceny. Nie odczuwamy wartości z tego, jacy jesteśmy, tylko z tego, ile zrobiliśmy lub ile posiadamy.
 Większość z nas żyje na planecie Ziemia, by mimo piekielnego, gloryfikującego intelekt systemu, mimo karmy i własnych obciążeń uwolnić swoją wrażliwość, poznać swoje pierwotne energie, nauczyć się czuć i nie wstydzić się tego. Przede wszystkim nie przykrywać się skorupo-wzorcami, nie brać cudzych energii jako swoich, nie tłumaczyć, że tak trzeba.

Dlaczego budujemy skorupy?
Skorupa zakrywa nasze wewnętrzne energie, nie dopuszcza do zbliżenia i – co ważniejsze – dzięki skorupom lepiej wypełniamy misje. Dzieje się tak, bo skorupa nie przepuszcza energii, która mogłaby nas zranić, pozostawić ślad w psychice, uczuciach. Zresztą skorupa nie przepuszcza żadnej energii. Narzekamy na system, na maski, na rolę, na innych, a większość z nas sama nosi maski. Tłumaczy to zachowanie bezpieczeństwem, dopasowaniem do ogółu, kompromisem.

Co należałoby zrobić, by zdjąć pierwszą warstwę skorupy?
Uwolnić siebie i swoją duszę od misji. Misji ratowania, nawracania, zmieniania, stałego informowania, wychowywania, opiekowania. Wiele misji wymaga znieczulenia, żeby się tak bardzo nie przywiązywać do „obiektu” misji. Spora rzesza dusz wcieliła się w rodzinach dysfunkcyjnych (alkohol, pozostawienie), które skutecznie je odcięły od wewnętrznego ciepłego potencjału, miłości. Znieczulamy się misjami, narkotykami, elektroniczną rozrywką, używkami. I kiedy przychodzi do wyrażania uczuć, przytulania, okazania wrażliwości, zbliżeń fizycznych, uciekamy w siłę lub odpychamy innych, bo czujemy, że dobiliśmy do ściany własnych ograniczeń, dodatkowo nie wiemy, o co tutaj chodzi, jak się zachować. Znamy tylko presję, żołnierski dryl i przymus.
Przez tyle lat życia byliśmy odrzucani, hartowani, manipulowani, bici, krzywdzeni, czyli przystosowywani do misji; karmicznie swatano nas z negatywnymi i zamkniętymi ludźmi. Dlatego łatwo nam było stworzyć nawyk zmieniania pracy swoich czakr, zasłaniania swoich energii, obniżania własnego potencjału. Zaczęliśmy za normalne uważać kompromisy, wydatkowanie energii bez pozytywnych zwrotów, brak zrozumienia dla siebie i swojej natury. Czemu wybraliśmy skorupę, jeśli jako małe dziecko byliśmy sobą? Być naturalnym w dawaniu i braniu, to być tym, kim się jest. Zapamiętajmy: to, jacy jesteśmy naprawdę, w samym środku, rdzeniu samego siebie, czyli bez skorupy, jest piękne i rodzi u drugiej otwartej osoby przyjaciela, partnera, towarzysza akceptację, zrozumienie, miłość. To, jacy jesteśmy naprawdę, w samym środku, może uruchomić odrzucenie, niechęć, wyśmiewanie się. Ale dlaczego wybieramy akceptację u osoby z zamkniętym sercem, dysfunkcją? Bo ta osoba jest autorytetem, doktorem, osiągnęła sukces? Jaki to sukces, kiedy nie czujemy, obrażamy i warunkujemy innych? Niestety, mylimy pojęcia akceptacji siebie z zadowalaniem innych; mylimy przyjaźń otwartą od współuzależnienia; nie rozróżniamy dawania wsparcia od wymagań; mylimy cierpliwość z presją.
Ilu z nas potrafi naprawdę się bawić, tańczyć, poruszać swobodnie bez napięcia, stresu? Kto z nas potrafi przez chwilę nie analizować, nie myśleć? Ile razy udało nam się nie tłumaczyć tego, co robimy, jak działamy misją, szczytnymi celami, ideologiami tylko miłością dla samego siebie? Kto z nas potrafi być po prostu sobą? Właśnie ten, kto opuścił swoje skorupy, zajrzał, co jest w środku i zaakceptował, że każdy mały czy duży, strzyga czy anioł posiada swój rdzeń zrodzony w miłości, Źródle Miłości.

Zakończenie
Dawna krzywda, niechęć do dopuszczenia do miękkiego brzucha – jak mówi Kasia – prowadzi do ukrywania swoich pierwotnych, bo naturalnych, energii w rozmowach, wpisach, aurze. Podczas rozmów lub na forach dyskusyjnych dzielimy się swoimi myślami, które często wiele o nas mówią, odkrywają. Jednak zbyt często podczas interakcji pokazujemy ludziom to, co chcą zobaczyć lub sami chcemy pokazać. W jednym i drugim przypadku kontrolujemy, a więc warunkujemy, ustalamy, a tak nie działa przepływ ani energia miłości. Miłość nie oszukuje siebie i innych, nie wybiera fałszu nad szczerość, nie gasi potrzeb, tylko je wzmacnia. Nieważne czy ktoś cię zrozumie trochę lub wcale; nieważne, że cię wyśmieje czy odrzuci, kiedy jesteś otwarty, czujesz, już nie tylko rozumiesz i widzisz, że ten ktoś ma spore problemy ze sobą, jego własna skorupa, czyli życie go przygniotło. Odpowiedz na pytanie: „czy krzywda i niezrozumienie, poczucie braku bezpieczeństwa, strachu i lęku przed okazywaniem ciepła, miłości, lekkości jest silniejsze, ważniejsze od otwarcia na własną wrażliwość, potrzeby uczuciowe, naturalność i przede wszystkim miłość?”.
Ludzie wybierają partnerów zamkniętych, z większymi dysfunkcjami od swoich, bo relacja nie wymaga wyjścia z własnej skorupy, dopuszczenia do miękkiego brzucha, otwarcia serca. Czasem wybieramy tak, bo boimy się, że to, co partner zobaczy, my sami odkryjemy, zostanie odrzucone, skrytykowane, poniżone i niezrozumiane. Myślimy, że nie zasługujemy na akceptację, miłość. Z jednej strony nasze serce woła o więcej, z drugiej – skorupa i dawna krzywda odpycha.
Wrażliwość, potrzeby uczuciowe, otwartość trudno załatać, ukryć, zamaskować zewnętrznymi rzeczami, rozrywkami, zadaniami, misjami. Jedynym lekarstwem na zranione serce wydaje się być zajrzenie w głąb siebie, rozwiązanie konfliktów wewnętrznych. Skorupy – grubej czy cienkiej – nie da się rozpuścić, zrzucić z dnia na dzień. Wychodzenie ze skorupy, która była niezbędna jako system obrony, maskowania, znieczulania w mało przyjaznym środowisku, wymaga: czasu, zaufania, stopniowego zagłębiania się we własne skrywane potrzeby, lęki, DDA, skrzywdzone wewnętrzne dziecko, uzdrowienia relacji z rodzicami. Skorupa, jak już wiemy, ogranicza, odcina od świata, ludzi, uczuć, miłości, zaburza odbiór rzeczywistości, ale pytanie brzmi: „co lub kto siedzi pod skorupą?”, „jaki jesteś bez masek, zimna, piekieł, podkręcenia, arogancji, krzywdy, dumy, pychy, strachu?”. Cokolwiek znajduje się pod twoją skorupą, warstwą ochronną, tarczą jest właściwe, normalne, naturalne i zasługuje na pokazanie światu. To, jaki jesteś, jaki zawsze byłeś, jest wystarczające do dawania i odczuwania miłości, do akceptacji tego, jaki jesteś i kim jesteś, do zdrowych relacji z partnerem, w rodzinie, w pracy, w społeczeństwie. Skorupa nie tworzy twojego bezpieczeństwa, ona nie chroni cię przed skrzywdzeniem, ona pokazuje tylko, jak bardzo zlękniony i skrzywdzony jesteś w swoim wnętrzu. Daj sobie szansę, zacznij naruszać skorupę, zaakceptuj siebie.

Nikodem Marszałek

niedziela, 6 stycznia 2013

Wpływ emocji na zdrowie

Tomek wyszedł z pokoju. Drzwi trzasnęły. Przeciąg? Powiedzmy. – Jak mogła nie zauważyć, że pracuję po kilkanaście godzin na dobę! Przychodzę z pracy, jem i wychodzę do następnej, jak jakiś cholerny robot z Gwiezdnych Wojen. Ciągle mało! – krzyczał w myślach.
Agnieszka została sama z negatywnymi emocjami. Sobotnie popołudnie tak miło i spokojnie się zapowiadało. Teraz nagle przyspieszyło. Galopujące emocje dźwięczały w uszach. Usiadła, zakryła dłońmi twarz. Robi to, co może, żeby stworzyć dom. Taki jak u rodziców Tomka, bo swojego nie miała. I teraz jeszcze ta choroba.
Dlaczego badania pokazują, że ponad 70% dolegliwości zdrowotnych ma swoje źródło w stresie? Jaka dieta jest odpowiednia?
Dostęp do wiedzy medycznej, tej specjalistycznej, pozostaje w rękach lekarzy. Oczywiście możliwości są, zwłaszcza w Internecie, gdzie mnogość publikacji przekracza wielokrotnie zdolności przyjmowania wiedzy. Jednak sam moment diagnozy i sposoby leczenia pozostają w rękach specjalistów.
Chcemy być wyleczeni, czy mieć zdrowe życie? Jaki jest wpływ emocji na zdrowie?
Ponad 5000 lat temu w biegunowo odległych krajach do zachodu ludzie zaczęli traktować organizm człowieka, jak system energetyczny.
Kiedy energia krąży w naszym ciele jesteśmy zdrowi. Kiedy przepływ energii je zachwiany, chorujemy. Pomocne w diagnozach i leczeniu są diagramy. Dzięki nim, możemy zobaczyć, jakie są rodzaje i punkty dostępu do energii dla każdego z Nas. Wiedza jest nie tylko dla specjalistów. Oczywiście wskazana jest konsultacja, a przeprowadzenie właściwych zabiegów pod okiem doświadczonych, lekarzy. Jak pokazuje doświadczenie, co raz częściej z dyplomami uczelni zachodnich. Za tą enigmatyczną nazwą kryje się teoria o ciągłych przepływach energii w ciele człowieka. Co istotne, skuteczność tego spojrzenia została wielokrotnie już potwierdzona, a dokumentacja liczona w milionach przykładów i dowodów jest dostępna na wyciągnięcie ręki.

Na czym właściwie polega psychoterapia?

Polacy są coraz bardziej otwarci na kwestie związane z psychoterapią. Zdaje się, że coraz więcej osób przekonuje się do tej metody radzenia sobie z własnymi problemami. Jednak nadal jest bardzo wiele osób, które nie do końca są pewne, na czym tak naprawdę polega psychoterapia.
Winnym takiego stanu rzeczy jest bez wątpienia stereotypowe myślenie o psychoterapii. Jest wiele osób, które swoja wiedzę na ten temat czerpie tylko i wyłącznie z amerykańskich filmów, albo z krążących dowcipów o psychoterapeutach. Nie trzeba być znawcą tematu, aby domyślić się, że żaden z tych stereotypowych obrazów nie obejmuje istoty psychoterapii. Czym zatem jest psychoterapia?
W bardzo ogólnym ujęciu psychoterapia to rozmowa, która jest ukierunkowana na określony skutek, czyli zrozumienie i przepracowanie problemu, z którym klient przyszedł do psychoterapeuty. Nie jest to zatem „zwykła” rozmowa w potocznym tego słowa rozumieniu, lecz praca nad lepszym zrozumieniem siebie, które mają w efekcie wprowadzić odpowiednie zmiany w życiu.
Warto wiedzieć, że istnieje kilka nurtów psychoterapii i w zależności od tego, w jakim nurcie pracuje psychoterapeuta – sesje terapeutyczne będą przebiegały nieco inaczej. Ostatnio coraz bardziej popularna staje się psychologia psychodynamiczna, a więc terapia mocno ukierunkowana na konkretne wyniki, jakie mają przynieść spotkania terapeutyczne.
Nie ma także z góry określonego przedziału czasu, który określa, jak długo będzie trwała psychoterapia. Wszystko zależy od problemu, z którym dana osoba przyszła na terapię, jej osobowości, a także nurtu, w jakim będzie prowadzona terapia. Psychoterapeuci jednak często podkreślają, że psychoterapia jest formą nauki, a nauka jest procesem. Są oczywiście takie osoby, które szybko uzyskują rezultaty prowadzonej psychoterapii, są jednak również takie, które potrzebują nawet kilku lat, by rozwiązać swoje problemy.

środa, 2 stycznia 2013

Przerwy w cyklu samoregulacji cz.I

Trudność pojawia się, gdy dany cykl jest nieustannie przerywany, a sposób, w jaki dochodzi do zatrzymania cyklu, jest nieuświadomiony. Niespełnienie to przejawia się  w formie zaburzeń czy problemów w funkcjonowaniu (Kepner, 1991; Chu, 1993).
Zaburzenie pojawiające się w którymkolwiek z etapów cyklu, prowadzi do niewłaściwego domknięcia figury oraz ograniczenia doświadczenia i realizacji naszych potrzeb w „tu i teraz”. W związku z tym usuwanie zaburzeń w cyklu doświadczania jest ważnym zadaniem dla psychoterapeuty pracującego w nurcie Gestalt (Sills i in. 1999). Poniżej przedstawione zostały przykłady trudności i doświadczeń, sugerujących przerwy w poszczególnych fazach cyklu samoregulacji.
Zaburzenie, czy też przerwa w cyklu na etapie doznań zwykle przejawia się  w trudności w identyfikacji i rozróżnieniu wrażeń cielesnych. Konsekwencją tego może być brak dbałości o siebie lub niemożność określenie swoich pragnień (Sills i in. 1999). Co więcej, pewne luki w odczuwaniu sensorycznym powodują wybiórcze powstawanie „martwych” obszarów w doświadczaniu własnego „ja” i przeżywaniu świata. Brak tożsamości, również seksualnej, obojętność, nieangażowanie się i izolacja mogą, przynajmniej częściowo, wywodzić się z desensytyzacji, czyli zaburzenia odczuwania wrażeń (Kepner, 1991). Z drugiej strony przerwą w tym stadium jest także nadwrażliwość. Człowiek ma wówczas problem z powodu zbyt dużej ilości odczuwanych bodźców. Osoba ta nie może wybrać jednego bodźca, który jest dla niej w danym momencie najważniejszy (Sills i in. 1999).
Następnie, zakłócenie w fazie świadomości (tworzenia figury) prowadzi do trudności  w nazywaniu wrażeń i rozpoznania potrzeb. Osoba czuje, że coś jest „nie tak”, ale nie wie co (Sills i in. 1999). Dzieje się tak, gdyż wrażenia są odbierane, ale są niezrozumiałe dla podmiotu, jak np. w atakach paniki gdzie nierozpoznawalny jest lęk czy zaburzeniach konwersyjnych gdzie nierozpoznawalne jest seksualne znaczenie doznań cielesnych. W kontakcie z taką osobą psychoterapeuta czy psycholog często ma wrażenie, że rozmowa jest "nie na temat".