środa, 23 stycznia 2013

Uwolnij się od zaburzeń lękowych, ataków paniki i fobii

Metoda eliminuje przyczynę lęku, bezpośrednio zwracając się do niewłaściwych zachowań ciała migdałowatego w mózgu. Jest łatwa do naśladowania, wolna od środków farmakologicznych, łagodna i bardzo skuteczna. Meotoda uwalnia od przykrych doznań lękowych w programie czterech kroków.
Dlaczego pigułki w przypadku zaburzeń lękowych sa tak nieskuteczne?
Leki nie mają charakteru leczniczego, mogą jedynie pomóc w wyeliminowaniu niektórych nieprzyjemnych objawów, ale są przeznaczone do krótkotrwałego użytku. Przy leczeniu schorzeń typu zapalenie płuc, złamania czy zapalenie woreczka robaczkowego medycyna zachodnia nie ma sobie równych. Jednak jest mało skuteczna jeśli chodzi o choroby przewlekłe, depresje, fobie, napady lękowe.
Stosowanie antydepresantów niesie ze sobą wiele skutków ubocznych, gdzie koszty ponoszone przez pacjenta są wyższe niż korzyści. Jeśli pacjent zauważa poprawę, to ustępuje ona zaraz po odstawieniu leku.
Odkrycie antybiotyków stało się dla medycyny przełomowe, nieuleczalne choroby można było zwalczyć tym skutecznym farmaceutykiem. Wystarczy, że pacjent przyjmie odpowiednią dawkę, a efekt wyleczenia jest rewelacyjny. Jednak to czysto mechaniczne podejście do człowieka zostało przeniesione na wszystkie gałęzie medycyny, wychodząc daleko poza choroby infekcyjne. Nie powinno mieć zastosowania w przypadku stanów lękowych, depresji i fobii.
Złudne jest przeświadczenie, że wyleczy nas pigułka. Czynniki, które podtrzymują chroniczny stan chorobowy, nawzajem się przenikają i współdziałają. Aby się wyleczyć, trzeba uruchomić program oddziałujący wielokierunkowo. Psychoanaliza to wielokrotne zadręczanie siebie wspomnieniami z przeszłości, wprawdzie pozwala poznać w niewielkim stopniu przyczynę problemów, ale nie przynosi ich rozwiązania.
Co możesz zrobić ze swoim lękiem? Wziąć pigułki - to śmieszne, naprawdę. Chodzi mi o to, dlaczego ktoś miałby brać pigułki, aby zatrzymać pamięć? Pamięć o swoim niepokoju, utrzymującą się w czołówce twojego umysłu. Więc co jest odpowiedzią?
Nauczyć się nowych pamięci, wdrożyć nowe zwyczaje, pochować stare tak głęboko, jak możliwe i być gotowym do przyjęcia pozytywnych działań podświadomych.
Więc trzeba wprowadzić proste i praktyczne zasady działania. Program opiera się na czterech filarach oraz skutecznych technikach pokonujących lęk. Teraz wystarczy odkryć znaczenie każdego z nich, nauczyć się i wdrożyć do swoich codziennych zajęć, aż staną się instynktowne i automatyczne. Wszystko, co mogę zrobić, to pokazać ci ich znaczenie. Są to ćwiczenia, wskazówki i informacje, jeśli je zastosujesz, zmienisz swoje życie.
Cztery kroki, podróż do nowego życia zaczyna się tutaj. Uwolnij się od zaburzeń lękowych.

wtorek, 22 stycznia 2013

Twoje emocje podstawowe, mieszane i te inne

Świat emocji i uczuć to kraina szczęścia, usłana różami podróż od miłości rodzicielskiej, dzieciństwa, okresu dorastania po dorosłość i mądrość okresu dojrzałego. Świat złych emocji i toksycznych związków to dramat życiowy. 
Ciężar takich emocji, toksyczność ludzi, dramat braku dojrzałości emocjonalnej może zamienić życie w dramat.
Odczuwanie emocji i zauważanie ich na co dzień, jest umiejętnością, której trzeba się nauczyć. Na żadnym etapie szkoły nie uczą jak sobie z tym poradzić. Nikt nie daje do ręki przewodnika, gdzie od A do Z możemy poznać świat emocji.
Jak to możliwe, że kupując telewizor otrzymujemy instrukcję obsługi, a nie wiemy jak radzić sobie z tęsknotą, strachem czy lękiem?
Z emocjami pozytywnymi nie ma takiego kłopotu. To te negatywne potrafią spowodować złe samopoczucie, przedłużające się apatie, czy wreszcie choroby. Emocje są jak powietrze. Potrzebujemy ich do życia, jak ryba wody, jak dżdżownica ziemi. To one wskazują nam, jakie potrzeby powinniśmy zaspokajać.
Emocje mają swoje nazwy. O dziwo, w większości powszechnie znane. Rozróżnianie ich, ułatwia nam posługiwanie się nimi. Jest to ważne, bo kiedy zmagamy się, z jakimś schorzeniem lub chorobą, w wielu przypadkach ma to podłoże w nierozpoznanych i nieprzepracowanych emocjach.
Uczucia nie są emocjami. Różnica jest zauważalna, kiedy przyjrzymy się reakcji ciała na dane doznanie. Uczucia są delikatniejsze, przeżywamy je łagodniej. Przykładem może być tu wzruszenie lub rozżalenie.
Emocje są wszechobecne. To fakt. Każdy powinien odczuwać i przeżywać emocje. W przypadku, kiedy wydaje się, że nic nie czujemy, że jesteśmy jak skała, najprawdopodobniej mamy do czynienia z zablokowaniem przez lęk.
Przykłady
Jedziesz do kina i czekasz na przystanku. Autobus się spóźnia. Podejmujesz decyzję, że idziesz na pieszo jeden przystanek.
Czekasz na wyniki egzaminu na studiach. Nic więcej nie możesz zrobić. Termin ogłoszenia wyników jest za dwa tygodnie. Nie śpisz, mniej jesz, chodzisz jak w letargu. Zastanawiasz, co będzie, jeżeli?

Powyższe przykłady pokazują różne emocje, natężenie i czas ich występowania. Każda emocja w życiu ma znaczenie. Jeżeli nie możemy sobie z nią poradzić, to zaczynamy nią manipulować. Wynikiem tego są różnego rodzaju zachowania, zamienniki, dzięki którym wydaje się, że panujemy nad swoim życiem.
Emocje można podzielić na:
~Emocje podstawowe
~Emocje mieszane
~Kontremocje
~Pseudoemocje
Bogactwo i różnorodność emocji, kłopoty z ich nazywaniem, komplikacje psychiczne i zdrowotne z tym związane pokazują, że warto poznać ten obszar bliżej.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

DDA - Najważniejsze problemy, wyzwania i tematy do pracy cz.3

W ostatniej części artykułu zajmę się takimi zagadnieniami i tematami do pracy dla DDA jak: przeżywanie złości i konieczności zmiany podejścia do jej przeżywania, przebaczenie jako niezbędny element w  procesie uzdrawiania oraz poczucie własnej wartości, które trzeba zbudować na zdrowych podstawach.
9. Przeżywanie złości
Mimo iż DDA jest mistrzem w nakręcaniu się emocjami, to jednak nie oznacza, że przeżywa je świadomie. Są to raczej emocje nierozpoznane, niezrozumiale, dlatego DDA uznaje je za niebezpieczne i wręcz szkodliwe.
Najbardziej niebezpieczną emocją dla DDA wydaje się być złość. DDA wielokrotnie w swoim otoczeniu widzi, jak złość staje się przyczyną krzywdy psychicznej bądź fizycznej, widzi, jak bliscy ludzie krzywdzą się, reagując w złości, podejmując decyzje, działając pod wpływem złości czy furii.
Natomiast to, czego DDA/DDTR nie zobaczy w swoim domu, to konstruktywne i świadome przeżywanie złości, dlatego myśli, że taka opcja nie istnieje. DDA zakwalifikowały złość jako złą, krzywdzącą i raniącą, nie rozróżniając, że to sposób przeżywania i uzewnętrzniania złości może być krzywdzący, niewłaściwy, a nie sama złość. Złość to emocja jak każda inna, sygnalizator tego, co się dzieje w nas, a nie intruz, którego trzeba bezzwłocznie usunąć.
Kiedy na terapii dowiedziałam się, że złość to taka sama emocja jak każda inna, że można ją swobodnie przeżywać, że złość się odczuwa, a nie jest się nią („nie jestem zły, wściekły, tylko czuję złość”), byłam bardzo zdziwiona, bo była to dla mnie totalna nowość. Wzorzec, jaki miałam w domu, podpowiadał mi, że złość się albo wypiera, chowa i udaje, że jej nie ma, albo złością się miota, manipuluje innymi, złość krzywdzi. Na początku samo dopuszczenie, by się złościć, jest trudne, ze strachu, że skończy się krzywdą, jak w domu, jednak zacząć się w ogóle złościć bez hamowania to pierwszy ważny krok, by zacząć być tego świadomym i by znaleźć konstruktywne sposoby jej przeżywania.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz pozwoliłam sobie na złość, niehamowaną, niecenzurowaną złość – przez parę miesięcy chodziłam permanentnie wkur..., ponieważ tyle złości miałam nagromadzonej w ciele fizycznym i innych ciałach (czego wtedy nie wiedziałam).
To było niewiarygodne, ile złości można w sobie pomieścić. Oczywiście moja nauka złoszczenia się zakładała, że będę na początku powielać wzorce z domu, że jak pójdę, to na całego, że wybuchnę, będę krzyczeć. Więc krzyczałam – i nic złego się nie stało. Bałam się, że złość mnie zdominuje, ale w rzeczywistości bałam się swoich wyobrażeń na temat złości wyrosłych na doświadczeniach z domu.
Nikt nie zginął, nikogo nie pobiłam, nie złamałam prawa. Za to miałam ogromną lekcję obserwacji złości i siebie złoszczącej się. Zobaczyłam, że kiedy nie zatrzymuję złości, pozwolę jej płynąć, mogę skorzystać z drogowskazu, jaki mi daje, czyli znaleźć jej przyczynę W SOBIE, o co zaczepia, co się za nią kryje itd. Zobaczyłam, że kiedy zrozumiem, skąd pochodzi złość, ona odchodzi.
Druga ważna rzecz, to nauczyć się nie podkręcać złości, co jest nawykiem wyniesionym z domów DDA. Zamiast tego należy patrzeć świadomie w swoje wnętrze: co ono czuje? Gdzie czuje? Jak czuje i dlaczego czuje?
To jest droga do tego, by zacząć poznawać siebie, ale nie uda się to bez choćby względnej akceptacji siebie i tego, co się przeżywa. Wiadomo, że brak akceptacji blokuje zobaczenie tego, co czujemy, przeżywamy, jeśli wykracza to poza akceptowalne ramy. Dlatego warto dać sobie prawo,  by czuć to, co się naprawdę czuje, przeżywać to, co się przeżywa, i skorzystać z tego, co nam to pokazuje, bo możemy na tym niezmiernie dużo skorzystać.


10. Przebaczanie

Patrząc z perspektywy osobowości, przebaczenie jest bardzo potrzebnym procesem.
Dopóki patrzymy na sytuacje poprzez role, jakie pełnimy z poziomu osobowości, czujemy się ofiarą, a z ojca czy matki robimy kata. Dopóki patrzymy z poziomu: dlaczego on lub ona mi to zrobili? Dlaczego uczynili piekło z mojego dzieciństwa? Dlaczego mnie to spotkało?, dopóty czujemy ciężar, a żeby go zrzucić, szukamy sposobu na przebaczenie.
Jednak mając świadomość istnienia duszy, możemy zobaczyć, że tak postawione pytanie nie ma sensu i nie przyniesie nam rozwiązania. Potrzeba tutaj szerszej perspektywy, żeby zrozumieć, dlaczego coś nas spotyka, to MY musimy być w centrum naszego zainteresowania i pytań.
Tu nie chodzi o naszych rodziców, tu chodzi o nas, więc zainteresowanie trzeba skierować na siebie:
- Dlaczego wybrałam/wybrałem sobie takich rodziców?
- Dlaczego namówiłem ich, by pełnili taką, a nie inną rolę w moim życiu?
- Co było powodem pomysłu, by urodzić się w takich warunkach?
Tak stawiane pytania przyniosą odpowiedzi, które dadzą nam zrozumienie, rozwiązanie i uwolnienie.

Przez lata próbowałam wybaczyć mojemu ojcu wszystkie krzywdy, jakich – moim zdaniem – doznałam przez niego, szukałam sposobu, by ból i poczucie krzywdy nie wracało. Sądziłam, że ogrom jego winy wymaga mojego przebaczenia jako jego ofiary, ale kiedy znalazłam odpowiedź na pytanie: dlaczego wybrałam sobie takiego ojca i takie warunki?, okazało się, że nie ma NIC do wybaczania, bo nie ma winnego, nie ma kata i nie ma ofiary. Dlaczego?
Dlatego, że kat katuje wbrew naszej woli, natomiast ja się umówiłam na poziomie dusz z moim obecnym ojcem, że tak będzie wglądać to wcielenie.
Wyraził zgodę, że będzie grał mojego kata na moje życzenie, żebym mogła doświadczyć cierpień, upokorzeń w ramach kary, którą chciałam sobie wymierzyć. Teraz widzę, że to było coś więcej niż zwykłe ukaranie siebie, to była lekcja zrozumienia, że pojęcie kary i winy to sztuczne twory zrodzone na potrzebę równie sztucznego systemu karmicznego.

Oboje graliśmy role, których się podjęliśmy, najlepiej jak potrafiliśmy. Taki był wybór, nasz wybór – MÓJ wybór.
Nikt mnie nie zmuszał, byłam krzywdzona, bo tego chciałam na to wcielenie. Więc co tu jest do wybaczania? Że ktoś z godnie z umową pełnił swoją rolę?
Mogłam tylko z wdzięcznością podziękować mojemu ojcu, że tak sumiennie i dobrze wykonywał swoją rolę i zwolnić go z jej pełnienia, bo lekcję odebrałam i ten układ ról nie był już potrzebny. Nie zapomnę dnia, w którym sobie uświadomiłam, że tak naprawdę nie muszę wybaczać, bo nie ma nic do wybaczenia, to było jak zrzucenie tony ciężaru z ramion, a największym skarbem okazało się zyskanie perspektywy szerszej niż kat-ofiara, zobaczenie świadomie podjętych przez dusze decyzji i wyborów, wzięcie odpowiedzialności za nie na siebie.


11. Poczucie własnej wartości

Poczucie własnej wartości opiera się na zdrowej miłości do siebie, szacunku do swojej osoby, energii, przejawiania oraz akceptacji tego, jacy jesteśmy, co czujemy i co nam się przydarza.
DDA/DDTR cierpią na niedosyt miłości od dzieciństwa i zawsze jest im jej brak. Jak każde dziecko czekają na miłość od rodziców, na wyrazy tej miłości, których się jednak nie doczekują.


To jest bardzo zadziwiające zjawisko, którego doświadczyłam ja sama i wiele osób z rodzin dysfunkcyjnych – potrzeba bycia kochanym przez rodziców, a zwłaszcza tego rodzica, który kochać nie potrafi, jest tak silna, że wbrew wszelkiej logice i wiedzy cały czas oczekujemy, że w jakiś nieokreślony sposób rodzic, który nigdy nie okazywał miłości (lub rzadko i dziwacznie okazywał), nagle zacznie to robić. Oczekujemy tego jako dzieci, przez całe dzieciństwo, ale potem ta niezaspokojona potrzeba „rośnie” z nami i cały czas głęboko w nas tkwi niekochane dziecko.
Takie doświadczenia sprawiają, że ugruntowuje się przekonanie: „nie zasługujemy na miłość”, a co za tym idzie na wszystkie inne fajne rzeczy, bo jeśli mama/tata nas nie kocha, to musi być coś z nami nie tak, więc jesteśmy niewystarczająco dobrzy, by być kochani, szczęśliwi, zadowoleni, bogaci itd.
Całe życie zatem udowadniamy, że jest inaczej, że zasługujemy, że jesteśmy fajni, potrzebni, wartościowi. Motorem wszelkich działań bywa takie: „ja wam pokażę”, wszystko to, co uda nam się osiągnąć, ma przynieść upragnione potwierdzenie od rodziców w postaci pozytywnej reakcji, pochwały itp. Już jako dorośli ludzie robimy wszystko nie dla siebie, nie dla przyjemności, tylko dla poklasku rodziców lub w drugiej wersji na złość im, wbrew, czyli w myśl zasady: „na złość rodzicom odmrożę sobie uszy”.
Na zewnątrz, w obu przypadkach, emanuje głęboką energią nieakceptacja siebie wynikająca z przekonania, że nie jestem wystarczająco dobry. Zamykamy się tym samym na miłość, tę w sobie i tę na zewnątrz. Nawet jeżeli jakimś cudem w naszej okolicy znajdzie się osoba, która nas pokocha, to najprawdopodobniej bez przebudzenia się z tej postawy, nie zauważymy tego i dalej będziemy płakać, jacy jesteśmy biedni, odrzuceni i nadal będziemy czekać na akceptację i miłość rodziców, zamiast skorzystać z jedynej skutecznej metody, jaką jest pokochanie siebie. Czekając na „ratunek z zewnątrz”, zdajemy się na łaskę i niełaskę, na rozczarowanie, więc najlepiej zostać swoim przyjacielem, swoim wsparciem i pokochać siebie. Oczywiście można być nieszczęśliwym, niekochanym i czekającym na miłość rodziców do śmierci, jednak wcale tak nie musimy, tylko tu znowu trzeba wziąć odpowiedzialność za siebie samego, otworzyć się na miłość w sobie, ponieważ ta cała wiara w „nie zasługuję na…” zamyka nas na nią, a przecież wszyscy znamy Miłość, bo od niej pochodzimy.

Rodzice zrobili to, co zrobili, są, jacy są i się nie zmienią, a nawet gdyby jakimś cudem tak się stało, to nie dadzą nam tego, czego potrzebujemy, nie nadrobią lat dzieciństwa, nie zaspokoją dziecka w nas.
Z tą świadomością możemy przystąpić do samowychowania, samorozwoju i samokochania.
Byłam już dobrze po dwudziestce, gdy dotarło do mnie, że mój ojciec się nie zmieni, tak po prostu nie zacznie mnie kochać, tak jak tego potrzebuję, nie będzie ze mnie zadowolony, więc mogę dać sobie spokój z czekaniem na to i ze staraniem się o to. Natomiast to, co mogę zrobić, to pokochać siebie tak, jak tego chcę, być dla siebie taka, jak potrzebuję, dać sobie wszystko to, czego mi brak, mało tego, jestem jedyną osobą, która wie, czego potrzebuję. Zaczęłam kochać siebie, akceptować, doceniać siebie, wspierać, lubić siebie, zaczęłam być szczera i życzliwa wobec siebie.
To było oczywiste od samego początku, ale łatwiej żyć nadzieją, niż samemu się za coś wziąć.
Wyłączyłam też rodzica w głowie, bo to, czym „karmią” nas najbliżsi, pozostaje w nas w postaci tak zwanego wewnętrznego rodzica, który przemawia do nas głosem prawdziwych rodziców, gdy ich przy nas nie ma. A to znaczy, że „skażenie” jest tak silne, że odbywa się już bez ich udziału, potem byłam dla Kasi (siebie) taka, jak tego potrzebowała, zwłaszcza gdy szło coś nie tak, gdy się nie udało, gdy było trudno. Zamiast się biczować i krytykować, siadałam i mówiłam: „no tak, nie wyszło najlepiej, to się zdarza, a teraz zastanowimy się, co najlepszego można zrobić dalej”.

Mówiłam do siebie: „Kocham, szanuję i akceptuję cię, Kasiu, kocham z tym, co... (czujesz, przeżywasz, robisz albo nie robisz właśnie) – to jest potrzebne, ponieważ bardzo długo włącza się wyuczony przez lata pierwszy odruch krytyki, rozczarowania, niezadowolenia, który zamieniamy w nawyk akceptacji.
A tak w ogóle, dlaczego ja mam być niezadowolona, bo coś się nie udało? Przecież dzięki błędom uczę się, jak właściwie działać, one są niezbędne. To że mój ojciec czy matka nie potrafili znieść błędu, zareagować na niego jak na wskazówkę, nie oznacza, że ja mam robić tak samo. Wszystko jedno w jakiej sferze coś się nie udało, osobistej, duchowej, zawodowej czy innej. Niezapomniany jest moment, w którym przestajesz reagować na krytykę rodzica, ona już nie zaczepia w tobie o niskie poczucie wartości, poczucie winy czy niezasługiwanie. Jeżeli wiesz, że zasługujesz na miłość, że jesteś wartościowy bez miłości tych, od których jej oczekiwałeś, to oni tracą władzę nad tobą

sobota, 19 stycznia 2013

DDA - Najważniejsze problemy, wyzwania i tematy do pracy cz.2

W tej części artykułu opisuję mechanizmy:  wkręcania się w spirale wzorców DDA, strachu przed zmianami, wynikajacym z dorastania w trudnych i nieprzewidywalnych warunkach, oraz o związkach DDA, a także o pragnienu bycia potrzebnym.
5. Wkręcanie sie w spiralę wzorców.
DDA wciąga jak narkotyk, wkręca jak hazard - już chcesz to przerwać, już się bronisz, a stare mechanizmy pociągają za sznurki, aż znów je uwolnisz. Im szybciej się orietujesz, że sie wkręcasz, tym szybciej możesz temu zaradzić, a z  czasem już nie dasz się w to wciągać. Niewkręcanie się nie zawsze jest wynikiem zerwania kontaktu, tylko wycofania się z kontaktu (rozmowy, przekonania, dyskusji, działania) opartego, napędzanego na wzorcach DDA.
Ileż to razy dajemy się wkręcać w rozmowy, o których wiemy, że nakręcają tylko spiralę złości i nieporozumienia. Ile razy prowadzimy dyskusje, po raz kolejny próbując kogoś przekonać do czegoś, do czego ten ktoś nie da się przekonać. Odgrywaliśmy setki razy te same sytuacje i wiedząc, jak się to zakończy, nie potrafiliśmy zachować się inaczej niż poprzednio. Coś pchało nas do tego, by postąpić właśnie tak, powiedzieć właśnie to i zrobić taką minę, a nie inną. Każdy z nas mógłby pewnie przytoczyć takie sytuacje ze swojego życia, pokazać, kiedy działa schematycznie. Dotyczy to szczególnie relacji rodzinnych, rodziców, rodzeństwa, a potem własnego partnera i dzieci. Ile ja takich rozmów „kierowanych” przeprowadziłam w życiu, starając się przekonać kogoś do tego, o czym ten ktoś kompletnie nie był przekonany. Ogromny wydatek energetyczny i nakręcenie. Taka sytuacja zaczyna się z pozoru spokojnie, choć w środku już wszystko świdruje, starannie dobieramy słowa, jeszcze nie widząc, że toczymy walkę na argumenty, aż wzorce już nas mają, emocje biorą górę i nawet jeśli nie kończy się to wybuchem, długo trzeba dochodzić do siebie energetycznie, człowiek jest rozbity, skołowany.
Kiedy odkryłam tę prawidłowość, czułam niemoc, wiedziałam już, kiedy to się dzieje, ale bezwolnie się temu poddawałam, czując bezradność wobec fali, która mnie niosła. Chcę wyjść, wycofać się, skończyć rozmowę, ale nie mogę, dalej stoję i mówię. I ulegałam temu tak długo, jak długo wewnętrznie, gdzieś w głębi podświadomości, czułam taką potrzebę, czułam jakąś przyjemność z tego („ale fajna jazda”), ale przyszedł moment, że już nie było przyjemności, że zmęczenie brało górę.
Bo to było jak walka rozbitka z morzem w czasie sztormu, rzucało mną na lewo, prawo, do przodu i do tyłu, a ja nic nie mogłam zrobić. A jednak mogłam! Zanim nauczyłam się nie reagować na zaczepki i prowokacje, to udawało mi się znaleźć tyle siły woli, by wycofać się z rozmowy w trakcie jej trwania, zanim się pogrążyłam i zaczęłam odczuwać silne negatywne skutki. To był pierwszy krok, potem przychodzi drugi – nie musisz wychodzić, żeby przerwać rozmowy, po prostu kończysz rozmawiać, zmieniasz temat i nie czujesz już negatywnych emocji w stosunku do tej osoby, sytuacji. Jeżeli te negatywne emocje jednak są, najlepiej spojrzeć w siebie, porozmawiać z duszą i uwolnić się. Przychodzi też kolejny etap, kiedy od razu dostrzegasz prowokację i możliwe wzorce i z uśmiechem z nich rezygnujesz, zanim na nie zareagujesz. Oczywiście nie jest to możliwe zawsze, stale spotykamy nowych ludzi i sytuacje, ale to jest już zupełnie inny poziom funkcjonowania, inny poziom relacji, kontaktów międzyludzkich.
Gdy rozluźnia się pancerz wzorców, widzimy coraz więcej, coraz więcej decyzji podejmujemy „my”, a coraz rzadziej są to reakcje na wzorce. Kiedy zauważasz, że rozmawiają wzorce, a nie ty sam, trzeba się zatrzymać, przyjrzeć temu i zacząć samemu mówić za siebie i rozmawiać na tematy, na które ma się ochotę, i z ludźmi, z którymi naprawdę chce się rozmawiać.


6. Świat bez zasad

DDA/DDTR dorasta w świecie bez stałych zasad i norm, w środowisku kompletnie nieprzewidywalnym, w którym rosnące dziecko nie ma się czego złapać i czuje się zagrożone. Dzisiaj wolno jedno, jutro drugie, w trzeci dzień za pierwsze dostaniesz burę, a za drugie lanie. To ciągła potrzeba bezpieczeństwa oraz zmaganie się z chęcią aprobaty najbliższych i ciągłe znoszenie ich dezaprobaty. Nawet jeśli dziecko nie doświadcza przemocy fizycznej, ta psychiczna i emocjonalna potrafi ranić jeszcze dotkliwiej i na dłużej. Dlatego dziecko próbuje znaleźć choć odrobinę stałości i pewności, a później ta stałość i pewność staje się substytutem poczucia bezpieczeństwa. Dlatego DDA boi się zmian, boi się, by było inaczej, przeraża je, że coś zmieni swój dotychczasowy porządek, bo to oznacza zagrożenie utraty tej stabilności, którą wypracowało. Życie w tak rozdygotanym świecie jest niezmiernie trudne, więc ścisła kontrola i pilnowanie rytuałów i powtarzalności pozwala przetrwać.
Jednak potem, w dorosłym życiu, ten plan na przetrwanie nie pozwala się rozwijać, zawęża widzenie/rozumienie do walki o przetrwanie. Nawet kiedy już tego nie pamiętamy i ten dziecięcy strach zepchnęliśmy gdzieś głęboko, on nadal jest, a program ochrony/przetrwania nadal funkcjonuje. Jako dorosłe osoby go nie potrzebujemy, powiem więcej, jeśli mamy dorosnąć, ten program ochrony trzeba zdezaktualizować i wyłączyć, bo będzie nam utrudniał życie, zamiast wspierać i pomagać. Wciąż będzie wracał do nas (w zupełnie już nieadekwatnych sytuacjach) lęk małego dziecka, że sobie nie poradzi, mimo że nie ma do tego realnych podstaw. Potem wielu rzeczy w życiu DDA/DDTR nie spróbuje, bo się ich boi, odruchowo mówi „nie”, choć chciałoby spróbować, kiedy jednak czuje znajomy niepokój, poddaje się, myśląc, że to intuicja, a to tylko stary program. Nierzadko wybiera coś w zamian, w zastępstwie, coś, co wydaje się w danej chwili bezpieczniejsze i mniej przeraża. DDA boi się wziąć odpowiedzialność za chęci i znaleźć siły, by je realizować, jest to obawa o zmianę rytuałów, znajomych zwyczajów. Taka osoba woli „bezpiecznie” pozostać w tym, co znajome, nawet jeśli nie jest to dla niej satysfakcjonujące. Tak się dzieje oczywiście do czasu, aż postanowimy zbudować prawdziwe poczucie bezpieczeństwa, prawdziwą zdrową samoocenę i zrezygnujemy wreszcie z kontroli, która blokuje nas lękiem, by sięgnąć po to, czego chcemy, spróbować nowych rzeczy, nowego życia na wolności.


7. Związki DDA

DDA/DDTR buduje związki – to jest dopiero ciekawa rzecz. Z pozoru wszystko może wyglądać dobrze, że kocha, że dba, że dla bliskich zrobi wiele albo wszystko, tylko że to dzieje się własnym kosztem, nie jest prawdziwe, to odgrywanie wizji związku/rodziny, jaką DDA ma w swojej głowie. DDA/DDTR ma WYOBRAŻENIE, a nie WIEDZĘ czy doświadczenie na temat tego, jak wygląda miłość, jak wygląda dobry związek, jak wyglądają bliskość, zwyczaje rodzinne, rozmowy.
Doświadczenia domu rodzinnego DDA/DDTR to nie sielanka, a trauma, więc marzeniem każdego DDA jest stworzyć „idealny związek/idealną rodzinę” i taką wizję tworzy w swojej głowie wraz z misternym planem, jak to ma wyglądać. Kiedy już znajdzie partnera, jak się wydaje odpowiedniego, zaczyna realizować ten plan, z klapkami na oczach podąża ku swojej wizji, nie zważając na nic, zwłaszcza na chęci i potrzeby partnera czy pozostałych członków rodziny. Cały plan DDA dotyczący idealnego związku i rodziny jest ograniczony jego wyobrażeniami, nie ma tu miejsca na niespodzianki, spontaniczność, zmiany, bo nie ma otwartości (wcześniejszy wpis o poczuciu bezpieczeństwa budowanym na kontroli).
Idea idealnego związku wydaje się DDA tak porywająca, że nie przyjdzie mu do głowy wprowadzić korekty w planach – bo po co? I to jest największa pułapka, ponieważ DDA nie zważa na zmiany w otoczeniu, w sobie, partnerze i nie koryguje planu pod te zmiany, tylko trzyma się sztywno wcześniejszych ustaleń, które – co ciekawe – poczyniło samo ze sobą, a nie z partnerem, rodziną.

Wiec tak naprawdę gdzie tu miłość, gdzie tu bliskość, gdzie tu idealny związek?
Dla DDA miłość to zbitka wyobrażeń własnych, podłapanych z otoczenia, mediów, strzępków rozmów, książek, romantycznych lub ekscytujących filmów i nie taka łatwa jest konfrontacja tego z rzeczywistością i przyznanie, że to mit oraz otwarcie się i poszukanie szczerego, prawdziwego uczucia. Dlatego DDA na partnera najczęściej wybiera kogoś, kto też nie ma tej otwartości, co daje „bezpieczeństwo” utrzymania stworzonego światka i niewychylania z niego nosa na rzeczywiste możliwości gamy odczuć, doznań możliwych do przeżywania w relacji/ach przy otwarciu, przepływie, otwartym sercu i kanale miłości. DDA nie chce płynąć z nikim, chce trzymać się tego, co ma w swojej wizji – ze strachu, że to straci, że cała reszta to niepewność.
Tylko co możemy zyskać, oszukując siebie, żyjąc w iluzji, zamykając się na siebie i na bliskich? Bo czy kontrolowana miłość to miłość? Kontrolowana bliskość to bliskość? Czy są to tylko wyobrażenia, że tak jest?
Co to za miłość odtąd – dotąd, otwarcie się na kogoś w ograniczonym zakresie, bliskość od – do? To takie ħś-owe (hś – hierarchia światła). Ja sama teraz już nie rozumiem, co mogło być tak pociągającego w takim dozowaniu, manipulowaniu? To krzywdzenie siebie i bliskich.
Oczywiście tu w grę jeszcze wchodzą wszystkie misje ochrony/nauki/ratowania od.. więc zdaniem DDA ono pomaga bliskim, prowadzi ich, broni, chroni, bo więcej wie, rozumie itd.
W efekcie blokuje partnerowi i rodzinie możliwość poznania prawdziwej nieograniczonej miłości, bliskości, przepływu, rozwoju, samodzielności.
Przyznam, że trzeba mieć dużo odwagi, by to przyznać i podważyć prawdziwość świata, w którym się żyje, który się zbudowało. Zrobiłam to ładnych parę lat temu i wtedy było to dla mnie wielkim szokiem. Cały misternie ułożony plan stworzenia „idealnej rodziny/związku” legł w gruzach, bo zobaczyłam, że jest iluzją. Zrozumiałam, dlaczego mimo iż z pozoru wszystko wyglądało dobrze, ciągle mi czegoś brakowało, że stale coś było nie tak. A było „nie tak”, bo było nieprawdziwe, bo to był mój plan, a nie plan mojego partnera czy rodziny, i dążyłam sobie do niego sama. Mój partner nie „nadążał” za mną, miał inne potrzeby, nie szukał tego co ja.

Czemu czegoś brakowało? A można się najeść wirtualnym jedzeniem? Jeśli ktoś szuka autentycznej miłości, bliskość, relacji, przepływu, to czy choćby najpiękniejsza iluzja da spełnienie? Jednak jeśli szuka się autentyczności, nie można ograniczać jej swoimi wyobrażeniami. Najczęściej jednak nawet nie wiemy, że mamy wyobrażenia, realizujemy je, żyjemy nimi, zanim je odkryjemy. I kiedy już to zobaczymy i rozpoznamy, dopiero wtedy można przyjrzeć się temu, co realnie stworzyliśmy, gdzie w tym wszystkim jesteśmy my i jacy jesteśmy, gdzie w tym wszystkim są nasi bliscy, partner i jacy są. Odnaleźć to, czego się naprawdę chce, jakiej się chce relacji i zobaczyć, czy to się pokrywa z pragnieniami partnera, bo po latach może się okazać, że priorytety, potrzeby i chęci są rozbieżne albo że między partnerami nie ma przepływu.


8. Bycie potrzebnym

Ważnym aspektem tworzenia relacji przez DDA jest to, że właściwie wszystkie relacje stworzone przez nie opierają się najczęściej na byciu potrzebnym (często mylone jest to z miłością) osobom, z którymi się wiążą – to główny napęd działania, często nieświadomy. DDA wiąże się z tymi, którym, jak sądzi, jest potrzebne, bo sobie bez niego nie poradzą, bo musi z nimi być i im pomagać (życie cudzym życiem, przeżyciami, emocjami – współuzależnienie).
DDA zatem najlepiej czują się w towarzystwie tych, którym na różne sposoby mogą pomagać, udzielać rad, wyręczać i w sumie tylko z takimi osobami dobrze się czują i widzą sens wiązania się z nimi. Nie umieją cieszyć się z bycia z kimś dla samej przyjemności bycia, dzielenia się sobą, partnerskie relacje to zagrożenie zburzeniem porządku świata, odrzuceniem (bo kiedy ktoś nie potrzebuje, to zostawia), ale często też DDA kontynuują tylko te znajomości, w których są bardzo ważne jako doradcy, pomagający, wspierający, ci mądrzejsi. Tam, gdzie nie muszą się opiekować, pomagać, brać odpowiedzialności, to nie ma tej atrakcyjności i DDA często nie widzą sensu dalszej znajomości. Swoją misję uważają za skończoną.
Dzięki życiu cudzym życiem mogą „podbudować” swoją samoocenę, są przydatni, użyteczni, niezbędni i czują się bezpiecznie w swoim wyobrażeniu, bo takie „opiekujące” relacje nie są wyzwaniem. Partnerstwo jest natomiast ogromnym wyzwaniem dla DDA, tam gdzie zakładana jest równość, nie ma mądrzejszego, lepszego z założenia.

A co w sytuacji, kiedy partner okaże się silniejszy, mądrzejszy, w czymś lepszy? To koniec świata dla DDA. To znaczy jego świata iluzji bezpieczeństwa, idealnych relacji i kontroli. Bo przecież w partnerskiej relacji nie ma miejsca na kontrolę.

piątek, 18 stycznia 2013

Noworoczny bilans psychicznych zysków i strat

Jeżeli pragniesz, by Nowy Rok przyniósł Ci spełnienie Twoich noworocznych postanowień, nie wystarczy, że od wielu przyjaciół usłyszysz życzenia spełnienia marzeń. Trudno zmienić z dnia na dzień coś, co jest tak naprawdę górą lodową, narosłą przez wiele lat.
Psychiczne góry lodowe ukazują nam swój wierzchołek, choć większa ich część jest dla nas niewidoczna. Jednak takie właśnie góry lodowe (w tym uzależnienia i współuzależnienie) są dla nas często priorytetami, których najchętniej pozbylibyśmy się jak najszybciej i często podejmujemy postanowienia noworoczne, że się z nimi wreszcie rozprawimy. Z drugiej strony, jest to bardzo trudne i na ogół naszych noworocznych postanowień nie dotrzymujemy.
Co wtedy robić? Jak zmierzyć się z psychiczną "górą lodową", żeby naprawdę móc sie z nią rozprawić? Podejść jest wiele, postaram się tu więc opisać jedno z częściej stosowanych.
Chyba najlepiej sprawdzoną metodą jest rozpoczęcie od uświadomienia sobie zysków i strat z istnienia i pielęgnowania naszej „góry lodowej”.
Wydawałoby się, że poważne problemy mogą przynosić tylko straty.
Niemal każdy problem, który decyduje o tym, że czujemy się nieszczęśliwi, na przykład:
 — uzależnienie od substancji,
 — uzależnienie od bliskiej osoby,
 — brak szczęścia w miłości,
 — brak stałej pracy,
 — brak przyjaciół,
 — częsta zapadalność na choroby,
dręczy nas dotąd, dopóki nie zrobimy wszystkiego, by się go pozbyć lub przestać się nim przejmować.
Oczywiście, nieraz zdarzają się sytuacje, na których pojawienie się nie mamy wpływu. Nieraz też nie ma innej rady, jak zaakceptować to, co nas spotkało. Nigdy nie musi to jednak oznaczać zgody na „taki los”, nie jest żadną wymówką. Istnieje wiele przykładów ludzi, których los bardzo doświadczył, a mimo to żyją godnie i szczęśliwie.
Dlaczego więc tak wielu ludzi stosuje wymówki?
Między innymi dlatego, że problemy, których doświadczają, przynoszą im nie tylko straty, ale i korzyści.
Na przykład, czy jeżeli jestem jedyną osobą, która cokolwiek robi w domu (uff, jak dobrze, że te czasy minęły!), jeżeli cierpię, narzekam, zrzędzę, ale robię to dalej, nie tylko ponoszę straty (cierpię), ale także mogę mieć przyjemne poczucie, że beze mnie ten dom przestanie funkcjonować, że reszta rodziny sobie beze mnie nie poradzi, że jestem najodpowiedzialniejsza i najbardziej pracowita z nich wszystkich.
To są zyski, które nieraz okazują się tak duże, że trudno nam zrezygnować z tej – w sumie niby nieprzyjemnej – sytuacji.
Przyjrzyj się nie tylko stratom, ale także i zyskom.
Dlatego aby dowiedzieć się, czym tak naprawdę jest nasza „góra lodowa” i świadomie podjąć postanowienie o jej likwidacji, warto rozpocząć od przyjrzenia się uczciwie wszystkim zyskom i stratom, jakie tworzy. Weź kartkę papieru i długopis.
Na górze napisz: Moje zyski i straty z … i tu wpisz, co Ci przeszkadza.
Resztę strony podziel pionowo na pół.
Następnie po lewej stronie wypisz wszystkie zyski wynikające z tego, że nie rozstajesz się ze swoim problemem.
Po prawej stronie wypisz wszystkie straty. Prawdopodobnie na początku będzie Ci trudno wymyślić cokolwiek pozytywnego. Dlatego lepiej, jeżeli straty znajdą się po prawej stronie – zaraz poczujesz, że lewą stronę kartki też trzeba czymś wypełnić! Pisz wszystko, co Ci przychodzi do głowy. Nie zastanawiaj się nad tym, czy to dobrze, czy źle, czy wypada tak myśleć, czy nie. To są tylko Twoje myśli.
Wypisz nie tylko te duże, ważne rzeczy, ale także wszelkie drobnostki. Gdy wykonasz już to ćwiczenie, policz, ile jest strat, a ile zysków. Spróbuj poczuć, które z nich przeważają. Nieraz nasz świadomy umysł widzi coś zupełnie innego niż nasza część emocjonalna i duchowa.
Taki bilans to pierwszy krok do ważnych zmian w życiu.
To potężne narzędzie, które działa na podświadomość. Dzięki niemu zrozumiesz, dlaczego, tak naprawdę, robisz to, co robisz. Na tej podstawie możesz z łatwością określić, czego tak naprawdę pod tym względem chcesz. Zachęcam Cię do wybrania sobie jednej rzeczy, którą chcesz zmienić w nowym roku i zrobienia bilansu zysków i strat.

czwartek, 17 stycznia 2013

Twoje emocje podstawowe, mieszane i te inne

Świat emocji i uczuć to kraina szczęścia, usłana różami podróż od miłości rodzicielskiej, dzieciństwa, okresu dorastania po dorosłość i mądrość okresu dojrzałego. Świat złych emocji i toksycznych związków to dramat życiowy. 
Ciężar takich emocji, toksyczność ludzi, dramat braku dojrzałości emocjonalnej może zamienić życie w dramat.
Odczuwanie emocji i zauważanie ich na co dzień, jest umiejętnością, której trzeba się nauczyć. Na żadnym etapie szkoły nie uczą jak sobie z tym poradzić. Nikt nie daje do ręki przewodnika, gdzie od A do Z możemy poznać świat emocji.
Jak to możliwe, że kupując telewizor otrzymujemy instrukcję obsługi, a nie wiemy jak radzić sobie z tęsknotą, strachem czy lękiem?
Z emocjami pozytywnymi nie ma takiego kłopotu. To te negatywne potrafią spowodować złe samopoczucie, przedłużające się apatie, czy wreszcie choroby. Emocje są jak powietrze. Potrzebujemy ich do życia, jak ryba wody, jak dżdżownica ziemi. To one wskazują nam, jakie potrzeby powinniśmy zaspokajać.
Emocje mają swoje nazwy. O dziwo, w większości powszechnie znane. Rozróżnianie ich, ułatwia nam posługiwanie się nimi. Jest to ważne, bo kiedy zmagamy się, z jakimś schorzeniem lub chorobą, w wielu przypadkach ma to podłoże w nierozpoznanych i nieprzepracowanych emocjach.
Uczucia nie są emocjami. Różnica jest zauważalna, kiedy przyjrzymy się reakcji ciała na dane doznanie. Uczucia są delikatniejsze, przeżywamy je łagodniej. Przykładem może być tu wzruszenie lub rozżalenie.
Emocje są wszechobecne. To fakt. Każdy powinien odczuwać i przeżywać emocje. W przypadku, kiedy wydaje się, że nic nie czujemy, że jesteśmy jak skała, najprawdopodobniej mamy do czynienia z zablokowaniem przez lęk.
Przykłady
Jedziesz do kina i czekasz na przystanku. Autobus się spóźnia. Podejmujesz decyzję, że idziesz na pieszo jeden przystanek.
Czekasz na wyniki egzaminu na studiach. Nic więcej nie możesz zrobić. Termin ogłoszenia wyników jest za dwa tygodnie. Nie śpisz, mniej jesz, chodzisz jak w letargu. Zastanawiasz, co będzie, jeżeli?

Powyższe przykłady pokazują różne emocje, natężenie i czas ich występowania. Każda emocja w życiu ma znaczenie. Jeżeli nie możemy sobie z nią poradzić, to zaczynamy nią manipulować. Wynikiem tego są różnego rodzaju zachowania, zamienniki, dzięki którym wydaje się, że panujemy nad swoim życiem.
Emocje można podzielić na:
~Emocje podstawowe
~Emocje mieszane
~Kontremocje
~Pseudoemocje
Bogactwo i różnorodność emocji, kłopoty z ich nazywaniem, komplikacje psychiczne i zdrowotne z tym związane pokazują, że warto poznać ten obszar bliżej.

środa, 16 stycznia 2013

Ludzka maszyna

Gdy czytałem ostatnio instrukcję nowego sprzętu domowego, przyszła mi do głowy frywolna myśl: „Szkoda, że nikt nigdy nie napisał „Instrukcji udanego życia”...
Ile czasu spędzasz ze swoją komórką?

Bez względu na to, czy interesujesz się tym, jak zbudowany jest silnik samochodowy, czy zastanawiasz się, co w swojej obudowie posiada telefon komórkowy, fakt pozostaje taki, że z jednym lub drugim masz na co dzień dużo do czynienia. Ponadto człowiek ma naturę nieustannego „ulepszacza” stworzonych przez siebie wynalazków – maszyn, które najpierw powstały w jego umyśle. To ironia, że gdy porównamy takie działania z tym, jak mało uwagi poświęcamy najpotężniejszej i najbardziej skomplikowanej maszynie, obecnej 24 godziny na dobę w naszym życiu.
Trzymaj się mocno, za chwilę dowiesz się, że jesteś maszyną, która może perfekcyjnie działać, wystarczy tylko…

Mam świadomość, że możesz powiedzieć teraz "daj mi spokój, nie jestem żadną maszyną." Jeżeli jednak powiesz to i odejdziesz, stracisz niepowtarzalną okazję, aby poznać jedną z najbardziej nietypowych teori z jakimi,  spotkasz się w swoim życiu.
Przeczytaj tylko poniższy fragment, a jeśli Ci się nie spodoba, to obiecuję, że nie będę Cię dłużej trzymać:

Nigdy nie przyszło ci do głowy, że pod ręką masz cudowną maszynę, sto razy lepszą od wszystkiego, co stoi w hangarach tego świata! Jest skomplikowana i zawiła, daje się delikatnie wyregulować, posiada zdumiewające, graniczące z cudem możliwości i nie przestaje przykuwać uwagi! Ta maszyna to ty sam. „Ten gościu z choinki się urwał. Mam tego dość!” – zawołasz z pogardą. Drogi panie, wcale nie z choinki. A nawet jeśli tak, sądzę, że jeszcze nie masz dość. Sądzę, że zdołam jeszcze przez chwilę przytrzymać cię za rękaw, chociaż wyrywasz się jak możesz.

Nie wygłupiam się, po prostu postawiłem sobie za zadanie zwrócić twoją uwagę na fakt, który umknął ci w całości, a na pewno częściowo. Fakt, że ty sam jesteś najbardziej fascynującym okazem maszyny, jaki kiedykolwiek stworzono. Niesprawiedliwie się oceniasz. Podobno ludzie myślą tylko o sobie, a tak naprawdę z reguły interesują się każdą istotą śmiertelną oprócz siebie. Mają zwyczaj przyjmować siebie za pewnik, a ten zwyczaj sprowadza 90% nudy i rozpaczy, jaką zna nasza planeta.

Jeśli nie spodobało Ci się powyższe porównanie człowieka do maszyny, to opuść od razu tę stronę. Jeśli jednak poczułeś się zaintrygowany i chcesz dalej poczytać o najtrafniejszej metaforze odnośnie człowieka, jaką kiedykolwiek zaprezentowała literatura, zapraszam Cię do dalszej lektury!
 Ile możesz zyskać, myśląc o sobie w kategoriach maszyny?

Jak wiesz, maszyny mają to do siebie, że można je zaprogramować do robienia tego, co trzeba. Pomyśl tylko, czy nie zdarza Ci się po kryjomu marzyć o tym, żeby przynajmniej czasami działać jak maszyna? Czy przypominasz sobie sytuacje, gdy:
Ktoś manipulował Twoimi emocjami.
Jakaś bliska Ci osoba wykorzystała Twoje słabości.
Przegrałeś negocjacje, bo nadmiernie okazałeś emocje.
Ktoś publicznie Cię skrytykował.

Wyobraź sobie, że gdybyś w każdym z tych przypadków działał trochę jak robot, emocje, które wtedy odczuwałeś, nie zraniłyby tak głęboko. Ten artykuł nie uczy w żadnym wypadku, jak być Człowiekiem - Robotem. Pokazuje ona tylko, jak bardzo człowiek jest podobny do maszyny i ile zyskałby w życiu, gdyby pomyślał czasami o sobie w tych kategoriach.
 Tak naprawdę to już jesteś zaprogramowany,
ale niestety nie przez siebie

Codzienne wstawanie o tej samej porze, ten sam autobus do pracy wypełniony podobnie wyglądającymi ludźmi. Korek na tej samej ulicy i w tym samym miejscu. W pracy wykonujesz polecenia szefa, którego nigdy nie widzisz, a gdy o niego zapytasz, koledzy z pracy mówią o poleceniu z centrali. Wychodzisz z pracy, gdy odpowiedni mechanizm otworzy Ci klatkę. W domu połykasz pigułkę zwaną jedzeniem z mikrofali. Siadasz przed telewizorem, wgrywając do swojego umysłu program pt. jak mam myśleć, kupować czy głosować.

Czy jeżeli tak spojrzysz na swojej życie, to dostrzeżesz, że w tym programie nie ma miejsca na fundamentalne prawo żywego człowieka - Prawo Osiągania Sukcesu i Samorealizacji?
 Popracuj nad programami wgranymi w Twoją maszynę

Najważniejsze w tej idei jest to, że jeżeli spojrzysz na siebie jak na maszynę, to być może zmotywuje Cię to do pracy nad udoskonaleniem siebie.

W wielu przypadkach nie podejmujemy pracy nad sobą, gdyż uważamy, że takie sfery życia jak nasze słabości, nałogi, lęki itd. nie są w zasięgu naszego wpływu. Ba, ile razy słyszysz w swoich myślach blokujące stwierdzenie bo taki już jestem.

Czy możemy się stuningować?

Czyż nie byłoby fantastycznie nabrać umiejętności zmienienia siebie? Gdy zrozumiesz, że Ty, jako człowiek, masz cechy maszyny, pojmiesz także, że możesz tuningować, naprawiać i konserwować siebie. Dzięki spojrzeniu, jakie prawdopodobnie wykształci w ten artykuł, zrozumiesz, że każdy człowiek aby się rozwijać, potrzebuje stałego "konserwowania" siebie. Uwierzysz, że masz wpływ na te części siebie, które szwankują i powodują poważne awarie w Twoim życiu. Spojrzysz na Siebie jak na maszynę, którą można stale doskonalić.